atak paniki

Atak paniki. Coś ktoś kojarzy? Na pewno tak. Taka zła jazda. Bad trip. Pojawia się strasznie (haha) nagle. Na przykład, kiedy pani przy kasie pyta po raz drugi: to kartą czy gotówką?! A ty nie wiesz.
Czasem wystarczy, że lęk wyśle sygnał. Skrzypną drzwi w głowie, pada deszczyk – przeszedł dreszczyk. Idzie tu! Tylko nie znowu! Może mnie przeoczy. Może się wywinę, ukryję w supermarkecie, na mrożonkach, między martwymi warzywami. Uspokoić się, rozluźnić. Sięgnąć do apteczki sztuczek, wziąć oddech, napiąć mięśnie i rozluźnić. Zimno z lodówek przechodzi na mnie. Lepiej przejdę na Gorące Ceny.
Na Słodyczach widzę jednego z tych mężczyzn, którzy mają brodę i wąsy podkręcone na końcach. I czarną koszulka z napisem, którego nie da się przeczytać, bo czcionka uniemożliwia. Całość sugeruje, że człowiek ten żyje w mroku, pośród krasnoludów, wróżek i rekonstrukcji bitew średniowiecznych. Wyobrażam sobie, że, kiedy nadejdzie atak lękowy, on złapie za topór i mnie obroni. Kolorowe cukierki Wedla chichoczą w wielkich szufladach, że to głupie, przed atakiem sama się broń, cykorze.
Kręci mi się w głowie. Ktoś coś? To takie pijaństwo bez alkoholu. Według Intensywnej Krótkoterminowej Psychoterapii Psychodynamicznej może to być wołanie mojego ciała o pomoc. Mimo wielu opłat i kartą i gotówką, pani psycholog numer osiem nie dała rady przedrzeć się przez reakcje obronne i dotrzeć do nieświadomych pragnień, które na pewno mam, ale tak dobrze ukryte, że już nigdy nie zostaną przepracowane i nie zredukują objawów chorobowych. Zmiana, która nie zajdzie w procesie terapii, nie będzie trwała.
Sama oferuję ciału pomoc, chodź, mówię mu, pojedziemy do pracy, razem, ja i ty. A może nie pojadę? Powiem, że się boję do metra wsiąść?
Nie, jednak spróbujmy. W końcu to jeszcze nie jest atak paniki, to tylko skurcze przepowiadające, prognoza krótkoterminowa, może się wypogodzi.
Chyba zaraz zwymiotuję pani na te produkty z kuchni świata (jak widzę, preferuje pani Hiszpanię, i fajnie).
Metro spoko, jechałam przy defibrylatorze, ale na stacji tłum. Dużo ludzi to dla lękowca samo zło. Facet, który sprzedaje sznurówki w przejściu chucha mi w twarz dymem, niby że mentolowym, ale co z tego. Gra kapela, że tylko w Warszawie na melodię, że tylko we Lwowie. Chciałabym iść pustą granią pod niebieściutkim niebem, jak mówi mój bra: idziesz tak, jak na Rysy i potem w prawo. Tam, gdzie nie ma nikogo. Płynę z tłumem przez tunel. Reklamy wyświetlają się dosłownie wszędzie: na ścianach, suficie i podłodze. Nurkowanie w Egipcie, surfing na Rodos, ubezpieczenie na życie w cenie wyjazdu, więc nawet umrzeć można w fajnym miejscu i jeszcze się zwróci, tak tanio! Syk kobry królewskiej albo ekspresu do kawy. Late, dopio czy kapuczino? Na miejscu czy na się wynoś się? Jazda stąd. Biegnę schodami na górę. Mam gęsią skórkę, skurwysyn jest blisko, tuż za mną.
Co się może stać najgorszego? Nie umrę, przecież to wstyd się, tak przy wszystkich. A jak zemdleję?
Pies sąsiadki, którego obiecałam wyprowadzić o szesnastej, zacznie wyć, w końcu nieszczęśliwy zrobi pod siebie…

Ratować psa! Kupuję kanapkę z kiełbasą, nie jem mięsa, ale natychmiast musze powąchać kiełbasę. Czuję zapach dzieciństwa i dotyk ceraty w kuchni na stole.
No bo co może stać się najgorszego?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s