na wesoło

Na samą myśl robi mi się słabo. Że będę porządkować szafę, dokumenty, półki i pawlacz. Że znajdę tam sukienkę w kwiaty, którą poplamiła sobie zupą na kempingu w Bieszczadach. Już wtedy wydawała mi się stara, miała ze trzydzieści lat. Znajdę koszulę ojca, uwalaną gipsem, przedartą na rękawie, w którą zawinął mnie, jak wpadłam do tej głupiej rzeczki na działce. Nie było głęboko, ale tak mnie wtedy ściskał i wcale się nie złościł.

Na samą myśl, że będę się zastanawiać, co wyrzucić, a co zostawić i po co właściwie zostawiać, robi mi się słabo. Wcześniej albo później, ale przecież. Jak Wicha Marcin będę się przedzierać się przez rzeczy osobiste i całkiem nie, ale i tak intymne.
Co zrobię z ulubioną łyżką ojca, jedyną, którą DA SIĘ ZJEŚĆ ZUPĘ, bo żadna inna z jakiegoś powodu nie pasuje. Czy znajdę kogoś, kto przygarnie te wszystkie książki? Gdzie znajdę miejsce na filodendrona, obraz kolegi (ten w niebieskiej ramie) i jeszcze dwadzieścia innych małych i dużych płócien, zdjęcia, biżuterię, płyty. I wszystko wydotykane, przenoszone z miejsca na miejsce, odkurzone, zakurzone, znowu odkurzone.
Będę sobie mówić: takie życie, taka kolej rzeczy. I wcale nie będę w to wierzyć, widzę po moich znajomych, że nie wierzą, że im umarł albo umarła. Wyglądają, jakby coś im ucięto, wypruto nitkę trzymającą to wszystko do kupy. I żaden apap nie działa. Ani tramal, ani pół litra, ani dwa gramy, ani dwoje grzecznych dzieci. Nic.

No, przecież jeszcze nie umierają, nie będę teraz siedzieć, trzymać ich za rękę i w kółko powtarzać, że ich kocham, bo się przestraszą. Może trochę dłużej zostanę, może nawet na noc.
Na samą myśl, której nie dopuszczam do siebie (a ona znajduje drogę), że będę latać ze zniczami w reklamówce i głupimi chryzantemami, już się wkurwiam. Myślę, że po cichu będziemy z ojcem pić nalewkę z pigwy do zawsze, a z mamą małą czarną bez mleka, no dobra, trochę dolej. Że załatwimy to w stylu meksykańskim, nawalę się, przyniosę głośnik i zatańczę (obawiam się, że to będzie Whitney, ojciec lubi) aż mnie zgorszony kapłan usunie za mur cmentarny. Usypię drogę z kwiatów do samej Warszawy, żeby moi zmarli zawsze do mnie trafili. Wyciągnę zdjęcia, tam, gdzie mają głupie miny i naprawdę obciachowe ciuchy.

A teraz sto lat sto lat sto lat! Za każdym razem śpiewam coraz głośniej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s