lody truskawkowe

W tym na rogu pracują mili sprzedawcy ze wschodnim akcentem i jeden niemiły bez akcentu. Przyszłam po lody: lekarstwo na ból dziąsła i złą rozmowę z Juśniemężem. Wybieram smak truskawkowy.
Rozsądnie biorę też bułkę na rano, jaja eko, śmietanę i pieprz. Nie pamiętam, czy jest w domu masło. W duchu mindfulness gapię się na wnętrze koszyka, starając się skupić na tu i teraz, nie na Juśniepanie. Moje myśli krążą wokół lodów.

Przede mną w kolejce stoi wysoki nastolatek. Skąd ja go znam? Biały kabelek zwisa z każdego ucha, przygarbione plecy, czy to z nastoletniego splinu, czy dlatego, że jego retro vintage płaszczyk jest jakby trochę za lekki na tę porę zmroku.
Poza tym ma trampki konverse (też zresztą letnie), rękawiczki z obciętymi palcami, do tego nosi bladą skórę (bardzo modna w tym sezonie) i trochę trądziku. Oczywiście ma kaptur na głowie, jak każdy buntownik bez wyboru. Spod grzywki błyskają takie węgielkowe oczy. Jedną ręką płaci drobniakami za kolę, drugą cały czas nawiguje smartfon. Normalny nastolat. Skąd ja go mogę znać?

Kiedy odlicza te drobniaki, przenoszę się we własnej wirtualnej chmurze do ciasnego pokoiku na Piaskach (Aneta mieszkała wtedy z rodzicami), stoję nad łóżeczkiem dziecięcym i gapię się na stworzenie o węgielkowych oczach. Rusza się, wije się, skrzeczy. W pokoju jest duszno, grzeją kaloryfery, a może to mój kac albo lęk, albo absurd całej tej sytuacji. Aneta, obolała po porodzie, spuchnięta, oddalona ode mnie o tysiące lat świetlnych bierze dziecko i, o nie, przykłada do swojej przeogromnej piersi. Dziecko łapie za sutek, ja odwracam głowę, muszę spadać, jestem ustawiona do kina na wieczór, a poza tym jutro zaliczenie z logiki, sama wiesz. Aneta na dziekance, co będzie dalej, to się okaże. Mało mówi, w oczach ma mleko.

Zbiegam schodami, nie czekam na windę, kilka lat wcześniej, kiedy przyjechałam do Warszawy osobowym, ona pierwsza podeszła do mnie na przerażająco obcym korytarzu wydziału bardzo humanistycznego.
Pamiętam: węgielkowe oczy, kusa kurteczka, w której było jej nieustannie zimno, chuda, skulona, blada i zakochana w Wittgensteinie. Piłyśmy piwo, paliłyśmy różne rzeczy i dużo razem marzłyśmy.

Wróć. Spożywczak na rogu. Chłopak (Kacper, tak, przypomniało mi się!) odliczył kwotę, wziął kolę, idzie do drzwi, odwraca się jeszcze i przesuwa po mnie zdumionym spojrzeniem, że tak się gapię na niego, a potem znowu zagłębia się w telefon.

Pamiętam, jak z twoją matką tańczyłam na stole w schronisku na Ornaku, co na szczęście nie zostało uwiecznione na żadnym smartfonie. Masło jednak wezmę na wszelki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s