momenty

Budzę się w nocy. Druga trzydzieści osiem. Cisza, nic się nie dzieje, jak w polskim filmie. Jak się mieszka w mieście, zawsze coś udaje księżyc i doświetla trochę, więc widzę ubrania rzucone na fotel, rękaw swetra, nie chcę, ale jednak troszkę przypomina odciętą rękę. Fak, już nie zasnę. Taki moment do dupy, wstaję, szklanka wody, zaglądam do telefonu, zaglądam do książki. Uwiera mnie, że to nic nie znaczy, że teraz się obudziłam.
Druga trzydzieści dziewięć.
Nie wchodzę właśnie na szczyt żadnego Kilimandżara, jak Martyna, nie publikuję książki, nie dotykam stopy małego dziecka, ani nie obserwuję żadnego pierwszego kroku, słowa, uśmiechu, no, nie jest to żaden z tych momentów. Nie doznaję oświecenia, flow ani mindfulness, nie uświadamiam sobie, że schudłam trzy pięć siedem kilo. Nikt nie pisze do mnie z propozycją ani super ani żadną. Nie mam zajebistego seksu, ani nawet nie zajebistego. Po prostu jest druga czterdzieści i gapię się na rękaw od swetra. Teraz to już nawet widzę ciemne plamy swoich kapci na dywanie, kwiatek, który miałam przesadzić, obraz, który miałam powiesić, sztuczną choinkę, małą taką, bez bajerów.
Nie jest to chwilą na fejsa, na insta ani na snapa.
Ani Wigilia, ani Sylwester ani urodziny ani nawet pierwszy maja, jedenasty listopad. Lipa, nie data.

No, ale przecież, druga czterdzieści dwa też jest częścią mojego życia i aktualnie z takich właśnie momentów składa się rzeczywistość. I jest szansa, że tak już zostanie, a nawet, że jest to najlepsza z możliwych opcji, gdyż nie jestem w szpitalu, w psychiatryku, w domu, w którym nie chciałabym być, z kimś, z kim bym nie chciała. Że zaraz zasnę, bo przecież zasnę; że wstanę bez kaca ani moralnego ani w sumie żadnego, że nie idę jutro do sądu, do lekarza ani komornika, że wiem mniej więcej, na czym stoję i czego już mogę spokojnie nie oczekiwać.

Rękaw swetra jest odnalezionym ramieniem Wenus, kwiatek daje radę w tej za ciasnej doniczce chyba tylko z czystej sympatii do mnie. Jest pewnie około pięciu tysięcy osób w okolicy, które w tym momencie budzą się w nocy z poczuciem, że to bez sensu, że się tak budzą.
I chociaż Paulo Coehlo próbuje mi to już od jakiegoś czasu wyłożyć, to jednak druga czterdzieści cztery jest dokładnie taką samą minutą jak ta, w której urodziłam syna, zakochałam się, ktoś mi umarł i będzie moja kolej, wezmę prysznic, upiję się i kupię młodemu zestaw kolorowych mazaków.

Normalnie, aż chyba wstanę i przesadzę kwiatek, powieszę obraz i napiszę list do Coehlo (z przeprosinami oraz, że załapałam). Natychmiast zasypiam, jakbym była wolna albo ktoś miły napisał mi usprawiedliwienie w Librusie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s