przeciąg

Przez kilkanaście lat byłam objęta prywatną opieką medyczną, a teraz wpadłam w objęcia NFZ, jak w ramiona nielubianej cioci, której cuchnie z ust.
Próbuję umówić się do lekarza specjalisty przez internet. Strona zaklina się, że wysłała hasło, ale przez trzy dni nie przyszło, to chyba już nie przyjdzie. Można też próbować telefonicznie, jestem dwunasta na linii. Po pół godzinie jestem dziewiąta. Nie mogę już dłużej słuchać Chopina, udaję się osobiście do placówki.
Chodzę po korytarzach przychodni, jak po labiryncie strachów w niewesołym miasteczku.
Do pokoju, w którym można się umówić do lekarza jest (jasna sprawa) kolejka. Kto z państwa ostatni? Niełatwe pytanie, bo niektórzy przyszli się umówić, a niektórzy zostali odesłani z różnych gabinetów, do których jeszcze muszą wrócić. W sumie nie wiadomo, czy to jedna kolejka czy dwie, co powoduje jakieś pierwsze starcia i pierwsze, nieśmiałe sojusze.
Podczas czekania prowadzę obserwacje korytarzowe.

Ogonek do gabinetu po prawej to sześć krzesełek okupowanych przez kobiety w wieku emerytalnym. Jest dwadzieścia po drugiej, kobieta na pierwszym krzesełku była umówiona na trzynastą, ale lekarz jeszcze nie przyszedł. Widać, że pacjentka trzyma swoją frustrację na smyczy. Smyczą trochę szarpie.
Kolejka do gabinetu po lewej jest bardziej dynamiczna, coś się w niej dzieje, ludzie wchodzą, wychodzą. Wygląda na to, że jest lepiej. Dwie kobiety obok mnie rozmawiają:
– Czy pani jest z czternastej?
– Psze pani, ja jestem z grudnia.

Czuję narastająca panikę. Czy uda mi się wejść do tego magicznego pokoju przez wieczorem? Ciągle ktoś się wślizguje ze wstydliwym „ja tylko na chwilę”, pani w niebieskim sweterku pyta, czy ona może tylko zapytać. Jasne, mówię, ale wejdziemy razem i pani pyta, może być? Tak. Mamy deal. Wchodzimy razem a tam dwie (dwie!) pielęgniarki do umawiania wizyt ryczą jednocześnie:
– Po-je-DYŃ-czo!!!
– Spokojnie – zarządzam kryzysem i stresem – ta pani tylko zapytać.
Pani nerwowo pyta i przeprasza, że pyta, ale gdzie może odebrać wyniki? Pielęgniarka numer jeden zaczyna udzielać skomplikowanej odpowiedzi, podczas gdy numer dwa, patrząc w komputer krzyczy: DRZWI!!! MNIE TU WIEJE!

Zakład karny jest chyba bardziej przyjazny. Albo podstawówka w Radomiu. Potem jeszcze na mnie nakrzyczały, że nie pamiętam nazwiska lekarza, bo im się NIE WYŚWIETLA. W końcu jakoś doszły, że jak w trzynastce byłam, to pewnie u takiej a takiej. Esu, te pacjentki, skaranie boskie.

Jestem na luzie, bo ćwiczę i biorę. I w sumie zdrowa jestem. Ale wychodząc, widzę dziadka awanturującego się przy rejestracji głównej. Zarzut przez niego formułowany jest taki, że wała z niego robią, bo trzeci raz przychodzi, a recepty nie ma. Facet jest o kulach. Dziewczyna z rejestracji, lat może dwadzieścia pięć, krzyczy, żeby na nią nie krzyczeć. Jak pacjent chce, to może się mieć pretensje do lekarza. Dziadek unosi kulę i proponuje, żeby rozpieprzyć całe towarzystwo w drobny mak. Koleżanka z recepcji drze się, czy można ciszej, bo nic nie słyszy. Jakieś dziecko zaczyna płakać.

Wystarczyłaby jedna lekcja z jakiegoś porozumienia bez przemocy albo chociaż z samego porozumienia. Wystarczyłby niebiurokratyczny odruch okolic serca. Ale nie. To jest wieczna zmarzlina, mentalna jura i kreda. Dziadek coraz bardziej rozdygotany, coraz bardziej wulgarny, w końcu telepie się do wyjścia, groteskowy i bez leków, recepcjonistki zaś, wachlując wypieki, komentują, że może ja se jeszcze kurs wypisywania recept zrobię, co?

Kurs to sobie zrób pracy w pracy. Smutna ta komedia. Facet w kształcie mojej przyszłości poszedł do domu, wróci jutro i pojutrze, bo co ma zrobić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s