niepowrót

Te fale są tak silne, że prawie nie mogę wyjść z wody. Muszę czekać, aż przyjdzie nowa i mnie wypchnie. Turlam się po piachu, mam cztery lata, nie czterdzieści.
– Skąd? – taksówkarz na Okęciu upycha moją walizkę wielkości szafy do bagażnika, jest niezadowolony.
– Z kosmosu. Okolice słońca.
Taka żółta bardzo gorąca kula. Rozważałyśmy nawet picie drinków z pantenolem. Taki żart, który wypłynął na powierzchnię, jak płynęłyśmy łódką, mózgi rozgrzane jak krewety w termobiegu.
– I co pani tam wiezie? – zły, w końcu upchnął walizę.
– Drobiazgi. Joginka taka. Minimalistka – rechocze G, błyskając zębami, które odcinają się od opalonej na mahoń twarzy. G oddała się słońcu całkowicie, ale z filtrem. Wygląda jak odlana z czekolady.
G to jest moje odkrycie tego wyjazdu. Zresztą T też. Ale T nie ma tu ze mną, a G jest i rechocze. Taka nerwowa reakcja na powrót.
T, której tu nie ma, na początku wyjazdu powiedziała, że te Indie to jednak nie jej miejsce. Że to pomyłka. Nie spałyśmy już ze trzy doby przez upał, dźwięki i nadmiar bodźców. Widziałyśmy pająka wielkości dłoni.
– Z tą kawką to bym wolał nie – krzywi się taxi drajwer na widok mojej wymarzonej od dwóch tygodni kawy.
Wolałby kurde nie??
– Ja chcę do rikszy – zgrzyta białymi kłami G.
– Nic panu nie rozleję – zapewniam.
Pan taksówkarz ma na końcu języka pytanie o koronawirusa. Ale jakoś żyć trzeba, niechętnie nas wiezie przez sterylne, wyprane i wyprasowane miasto.
Pająki, skutery, ryż, placki, woda w morzu ciepła jak lekko ostudzona herbata, taka, co panu żona przynosi na tefauen.
Jeszcze parzy mnie słońce, chociaż jest sześć stopni. Ale co na skórze zapamiętane, to tak łatwo się nie zmyje.
Trzymamy się z G dzielnie. Gapimy się przez okna, szukając kolorów.
Drapię się w kostkę. Schodzi mi skóra, stopy mi się spaliły na spacerze. Bardzo długo szłyśmy pustą plażą, kraby uciekały bokiem, a orły kołowały nad naszymi polskimi łbami. Fale wyrzucały muszelki i butelki po coli. Taksówkarz mówi, że wszyscy umrzemy.
Dni były długie i wszystko się w nich mieściło. Joga, śniadanie, spacer i sok z ananasa. Zakup okularów dla T, która ciągle je gubiła. Poszukiwania buddy, który miał być gruby i siedzieć na żabie. Wyprawa po mango, jedno disco, jeden deszcz, jedna pudża w świątyni, jeden xanax, sześć słoni. Mili ludzie, którzy pracują za tyle, ile ta taksówka będzie nas kosztować. Jesteśmy wielkie uprzywilejowane, wiemy to. Nie wolno narzekać. Uśmiechamy się z G jak głupki, żeby się rozpłakać. Fak, te powroty, fak!

T nie ma z nami, bo na cztery dni przed powrotem przebukowała bilet i powiedziała, że zostaje, nie da rady wrócić, jeszcze nie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s