citybrejk

Miałam ochotę wycofać się w ostatnim momencie. Niedowiarek wewnętrzny, którego pani psycholog identyfikuje z jednym z moich rodziców, powtarzał, że to bez sensu.

W końcu pojechałam, a żeby szybciej było po wszystkim, to jechałam szybko i nawet w tym Krakowie byłam o normalnej porze. To znaczy pod, bo wjazd do miasta jest trudniejszy niż spacer na Orlą Perć w japonkach. Więc korek, stoimy, wewnętrzny już coś tam się burzy, ale wtedy mój brat dzwoni i uruchamia lawinę zdarzeń, która już nas pochłonie. Zamiast do Krakowa jedziemy tak bardziej w lewo i za chwilę jesteśmy nad niewielkim jeziorkiem. Z ludźmi w slipach w stylu bardzo vintage. Wskakujemy do wody, jest 30 stopni, lodowce topnieją, ale na chwilę o tym zapominam,  gdyż leżenie na ręczniku nad jeziorkiem ma właściwości ogłupiające.

Wślizgujemy się potem do tego Krakowa jakoś od tyłu, zamiast siódemką, to polnym skrótem, brat, ja i moje dziecko (to z wąsami). Jemy obiad w knajpie, w której mój brat zna całą obsługę, poznajemy Piotrusia, Mareczka, Długiego i Rąsię. Potem łazimy po ulicach bez celu, sączę dziecku do głowy historię napisów: galeria Szalom, Benjamin Holcer stolarz, Chajim Kohan skład towarów różnych. Co mogło się stać z Benjaminem Holcerem stolarzem też mu mówię.

Idziemy do muzeum sztuki japońskiej, syn pod wrażeniem, aż mówi szeptem. Przypominam sobie, jaki ten syn fajny. Miłość do niego przeobraża się w formę nieco natrętnej przyjaźni. Trzymam na smyczy wszystkie lęki. Wprawdzie śni mi się wojna, ale to chyba przez Białoruś prącą do swojej wolności, wbrew planom cara i jego świty.

Zaliczam z synem Wieliczkę. Pani przewodnik opowiada coś z manierą nauczycielki polskiego z międzywojnia, więc młody ziewa, już jak na nią patrzy. Fakt, że jestem osiemdziesiąt metrów pod ziemią (!!!) dociera do mnie w grocie Piłsudskiego i mam lekki przelot. A jak coś się stanie? wybuch metanu? jak to się zawali na mnie? jak zostaniemy tu na zawsze? Jeszcze się pani przewodnik nie pożegnała tradycyjnym szczęść boże, już biegnę do windy, zostawiając rodzinę z Katowic w tyle. Rodzina z Katowic przyjechała z czwórką dzieci, najmłodsze ma pół roku, akurat na zwiedzanie kopalni. Rodzina z Katowic zatrzymuje się przed każdą solną Maryjką. Nie mogę się powtrzymać, wyobrażam sobie, jak ona modli się o naturalny cud antykoncepcji.

Po Wieliczce idziemy do muzeum flipperów, żeby zapomnieć o Wieliczce.  Pijany Amerykanin bez maseczki strzela do statków kosmicznych. Ma jeszcze trzy życia. Mówi, że tu jest awesome, myślał, że takie rzeczy tylko w Japonii.

Pijemy kawę w kawiarni, w której mój brat zna właścicieli. Poznajemy Mareczka, Ewunię i kelnerkę o ksywie Zawierucha.  Przypominam sobie, jaki ten brat fajny. Upał stoi na Kazimierzu i nie odpuszcza, taki żołnierz obowiązkowy.

Przystojny brodacz pali elektronicznego papierosa, mijamy się spojrzeniami. Sceptyk wewnętrzny mówi, że weź przestań.

 

 

 

 

 

 

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s