agroturystka

Wstałam rano i nie od razu odpaliłam telefon. No, dobra, od razu, ale nie było zasięgu, można tylko odczytać godzinę. Szósta. Czyli przed wschodem słońca. Dzień wcześniej brat proponował mi wyjście w góry nocą, żeby obejrzeć wschód z jakiegoś szczytu, powiedział, że ma latarki-czołówki i że będzie super. Wyobraziłam sobie, jak super będzie i podziękowałam. Wstyd mi. Jednocześnie jestem dumna, że tak dobrze rozpoznaję swoje ograniczenia.

No więc szósta. Wstałam, założyłam na siebie wszystko, co miałam i poszłam na łąkę, jak nie zobaczę wschodu, to przynajmniej zasięg złapię. Świtało. Na trawie leżała chmura, na mój widok się uniosła i przesunęła trochę. Świat był mokry i ktoś wszędzie porozwieszał pajęczyny, na które ponawlekał kryształowe koraliki z kropelek, normalnie world press photo, które oczywiście moim telefonem zupełnie nie wyszło.

Ponieważ łąka leżała w dolinie, wschód widać było tylko na niebie. Kolory kotłowały się i przepychały, a najbardziej różowy. We wsi obudził się kogut, kozy wyszły ze swojej stajenki, która wyglądała dokładnie jak porodówka Jezuska.
Zeszło mi na tej łące, aż normalnie nawet człowieka spotkałam karmiącego kury, a jak się szybko okazało nawet znałam go z widzenia, bo też tu uciekł z Warszawy.

Kiedy wróciłam do domu i rozłożyłam wszystkie mokre ubrania na kaloryferach i piecach, i pożyczyłam od mamy dres, to gospodarze przynieśli śniadanie. Z glutenem, cukrem i laktozą. Było tego tak dużo, że jadłam godzinę i nie dałam rady zjeść wszystkiego, potem pooddychałam trochę i zjadłam jeszcze porcję. Wyniosłam swój brzuch na zewnątrz i tam spotkałam cztery koty, w tym dwa wielkości dłoni oraz psa i głaskałam je przez godzinę, aż dołączył syn, który z powodu braku zasięgu przeteleportował się na planetę ziemia. Potem poszliśmy do kóz, gdzie gospodarz zrobił nam szkolenie z dojenia nie online. Koza ma dwa wymiona, ciepłe i spuchnięte i trzeba dobrze złapać, żeby nie wpompować mleka do środka. Doiłam jak umiałam na levelu begginer, ale koza była zadowolona i dałam sobie łapkę w górę. Gospodarz westchnął, że jezu, ci warszawiacy, tacy zawsze podnieceni tymi kozami. Ale sam był z miasta, tylko wcześniej z niego czmychnął, spryciarz.

Około czternastej postanowiłam ponownie wyjść za mąż. Za człowieka stąd, najlepiej z zawodem w ręku, takiego, który mieszka na miejscu, a nie w Irlandii. Z naszego wesela napiszę sztukę i nazwę ją „wesele dwa” i też wplotę wątek narodowy, bo dużo słucham tok ef em, tam znajdę inspirację. Będę Stasiukiem, Tokarczuk i Wajrakiem w jednej osobie, lepiej późno niż wcale, taki plan. Przeszłam się po wsi, czując, że może spotkam kandydata na narzeczonego, ale były tylko psy, rowerzyści na kolorowych rowerach za czterdzieści tysięcy sztuka i matka z trójką dzieci. Oprócz tego cmentarz, dwie jaszczurki i jedna sarna. Ale się nie poddaję.
Teraz tymczasowo przebywam w stolicy, przygotowując się do nowego życia poprzez próbę podtrzymania go za pomocą maseczki i dystansu społecznego.

PEES
Kiedy się żegnaliśmy z kotami, psami i kozami, z którym nawiązaliśmy bliskie relacje emocjonalne i wsiedliśmy do samochodu, młody miał zaciśnięte usta i pięści. Trącam go, czy porządku, a on, oglądając się jeszcze na kociaki pyta: czy to jest to uczucie, kiedy się z kimś zrywa?
No… mniej więcej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s