boję

Na pierwszą demonstrację poszłam po pięciokrotnym założeniu i zdjęciu butów. Boję się tłumów, krzyków i wszelkich gwałtownych konfrontacji, zwłaszcza z policją. Jednak poszłam, powiedziałam nawet młodemu na wszelki, gdzie i co ma na śniadanie.

Pierwszych dziesięciu policjantów w ogóle mnie nie przestraszyło. Dopiero następnych sześć tysięcy siedmiuset trochę.  Lud Żoliborza zbierał się, iskrzyło, że jasno, a niektóre kobiety wręcz szarżowały ścianę z policyjnych tarcz, wykrzykując różne słowa, których bym na głos nie powiedziała never ever. Zanim nadszedł trzon protestu, byłam już wrakiem. Trwałam piętnaście minut w stanie maksymalnego napięcia. W szesnastej minucie odwróciłam się na pięcia i odeszłam. Młody w domu nie skomentował, ale było mi bardzo źle. Jak w szóstej klasie, kiedy poszłam z Piotrkiem Kosmą na spacer na górki, a tamci pojawili się nagle. Popychali go i dostał w nos, pamiętam czerwony kolor na brodzie i zębach. Mnie wysłali, żebym spierdalała do mamy, co też uczyniłam. Źle bardzo.

Następnego dnia postanowiłam odkupić winy (i Piotrka) i uzbrojona w hasło poszłam jeszcze raz, a tłum był wielki, ale dobry. I byłoby spoko, gdyby nie to, że nagle nastąpił jakiś zwrot kierunków spacerów i jedni w szli w jedną, a drudzy w drugą i zrobiło się słabo. Próbowałam uciec w bok, ale utknęłam na żywopłocie. Przede krzaki, za mną kotłujący się tłum ludzi.  Bardzo duży tłum w słusznej sprawie, ale jednak. Jakoś szłam, pomału, razem z nimi, ale już osobno, liczyłam oddechy, aż przy trzysta którymś udało mi się jakoś wrócić do równowagi. Dotarłam do domu wyczerpana, ale troszkę naładowana. Nie sądziłam, że mnie na to stać, po tym jak, zauroczona przystojnym aktywistą, wzięłam udział w akcji blokowaniu marszu narodowców i zrozumiałam, przyciśnięta do ściany przez kordon policji, że to nie jest śmieszne (i że raczej powinnam się rozejrzeć za pracownikiem biblioteki).

Trzeciego dnia protestu odwaliłam manianę podczas blokady ulic, czterdzieści minut stojąc na krawężniku, podczas kiedy te wszystkie dzielne osoby już dawno wylazły na ulicę, skakały po samochodach, ja z plakacikiem a4 zerkałam, jak się zielone zmienia na czerwone. Przełamałam się jakoś i w końcu wylazłam (na zielonym). Kara nadeszła w postaci starszej i bardzo złej kobiety, która zaatakowała mnie wyrywając plakacik. Trzeba przyznać, że miała jaja, bo akurat była w mniejszości do wyrywania. Stałam dalej, ale w środku byłam pobita.

Już miałam sobie odpuścić dalsze upokorzenia, kiedy dziś wysłuchałam człowieka, który najpierw mówił o tym, że jest pandemia i że jest konstytucja, a potem się jednak puścił się poręczy i wezwał do obrony kościołów i generalnie do wojny. I pomyślałam, że wcale nie czuję się bezpieczniej teraz w domu, niż na ulicy. I myślałam o tamtej kobiecie, jak go właśnie słucha, o tym, jak płonie, jak przysięga, że obroni kraj w imię. I zrozumiałam, że to jest zły człowiek ten Jaro. To nie jest dobra osoba. I nie pozostaje mi nic, jak tylko, odpowiednio zwiększając dawkę leków, udać się na kolejne protesty, na których jestem tak daleko od swojej strefy komfortu, jak Jaro od siebie samego.

1 Comment

  1. rewelacyjny tekst. ja mając klaustrofobię i ataki paniki, otóż jestem z tym tłumem ale nie pcham się w sam środek i … nie uwierzysz, poczułam się komfortowo a nawet zajebiście, gdy nagle odkryłam jaką moc oczyszczającą ma darcie ryja na całe podarte gardło: jebać pis. bezkarne. szczególnie pod wiaduktem. Polecam. SPRÓBUJ. DASZ RADĘ. trzymam kciuki i nawet trzymam cię za rękę, siostro.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s